Spełniło się moje największe marzenie. Nosiłem koszulkę z orzełkiem na piersi – opowiada Damian Królewicz - Solidarnie dla transplantacji
Spełniło się moje największe marzenie. Nosiłem koszulkę z orzełkiem na piersi – opowiada Damian Królewicz

Byłem gotowy walczyć o moje drugie życie. Całą sytuację traktowałem jak kolejny mecz, który muszę wygrać, a chorobę jak przeciwnika, którego trzeba pokonać.

Nazywam się Damian Królewicz. Jestem absolwentem Akademii Wychowania Fizycznego i złotym medalistą Mistrzostw Świata i Europy osób po transplantacjach.

Moje problemy ze zdrowiem rozpoczęły się, gdy miałem 10 lat. Najpierw trafiłem do szpitala niedaleko mojego miejsca zamieszkania, czyli do Świebodzic, a potem do Wrocławia, gdzie zdiagnozowano u mnie wrzodziejące zapalenie jelita grubego (WZJG). Przez jakiś czas byłem tam leczony, ale ostatecznie, w 2004 roku, skierowano mnie do Centrum Zdrowia Dziecka (CZD) w Warszawie. Tutaj miałem bardzo dobrą opiekę, ale do WZJG doszło pierwotne stwardniające zapalenie dróg żółciowych (PSC). Wykonano mi zabieg protezowania dróg żółciowych, a z czasem rozpoczęto badania pod kątem przyjęcia na listę osób oczekujących na transplantację wątroby. Tym bardziej, że wykryto u mnie także marskość wątroby.

Lekarze bardzo dokładnie, jako dziecku, wyjaśnili, na czym polegają moje dolegliwości i w obrazowy sposób przedstawili, co mnie czeka. Powiedzieli, że w moim organizmie zamieszka nowy lokator i będę musiał brać leki, które będą jakby czynszem za to, że może on tam przebywać. Zrozumiałem wtedy, że leki są czymś ważnym, o czym nie mogę zapomnieć ani tego lekceważyć.

Właśnie w CZD dowiedziałem się o istnieniu Polskiego Stowarzyszenia Sportu po Transplantacji i nie ukrywam, że to bardzo mi pomogło przejść przez cały okres choroby.

Sport był dla mnie zawsze bardzo ważny, lubiłem go, grałem w piłkę, choć lekarze różnie do tego podchodzili, ze względu na zwiększone niebezpieczeństwo dla mojego zdrowia. W Centrum Zdrowia Dziecka dowiedziałem się o możliwości uprawiania sportu po transplantacji, dzięki czemu miałem motywację powrotu do życia i sportu. To było ważne dla mojej psychiki, wiedziałem, że mam o co walczyć. W czasie oczekiwania na przeszczep miałem lepsze i gorsze dni, zdarzały się dwa, trzy razy w tygodniu zwolnienia ze szkoły z powodu złego samopoczucia. Nie poddawałem się jednak i kiedy czułem się lepiej, starałem się funkcjonować normalnie, chodzić, grać w piłkę z kolegami. Nie było to jednak takie życie, jakiego oczekuje siedemnastolatek.

Do przeszczepu zostałem zakwalifikowany w 2009 roku. Transplantacja odbyła się w 2010 roku – na narząd czekałem 11 miesięcy.

Pamiętam, że to były wakacje. Obudził mnie dzwonek telefonu i usłyszałem, że tata z kimś rozmawia – domyśliłem się, że jest dla mnie narząd. Gdy wszedł do pokoju, byłem już spakowany i gotowy walczyć o moje drugie życie. Całą sytuację traktowałem jak kolejny mecz, który muszę wygrać, a chorobę jak przeciwnika, którego trzeba pokonać. Gdy przyjechaliśmy do CZD i wbiegliśmy do szpitala, poproszono bym usiadł i poczekał. To był dla mnie szok – jak to? Ja przyjechałem po drugie życie, a tu mam czekać? Nie wiedziałem, że tak wyglądają procedury.

Jednak zaopiekowano się mną bardzo dobrze, wyjaśniono, jak wszystko będzie wyglądać. Przeprowadzono też badania, by sprawdzić, czy organizm jest gotowy do operacji. Byłem spokojny, bo wiedziałem, że jestem w dobrych rękach. Przez te kilka lat, kiedy jeździłem do CZD, przekonałem się, że mogę zaufać personelowi. Zarówno idąc na operację i żegnając się z rodzicami, jak i przed samą operacją, już na sali, byłem w dobrym nastroju, żartowałem. Lekarze byli nieco tym zaskoczeni, mówili, że to nie zdarza się często. Myślę, że to był wpływ silnego wsparcia moich rodziców i przyjaciół, ale też mojego nastawienia. Nie było nawet jednej chwili, kiedy czułbym się samotny.

Damian Królewicz po przeszczepieniu wątroby złoty medalista

Po operacji obudziłem się na Oddziale Intensywnej Terapii, podłączony m.in. do respiratora.

Po trudnych pierwszych trzech dniach zacząłem szybko wracać do sił. Po sześciu dniach od operacji stanąłem na własnych nogach i choć nie mogłem jeszcze samodzielnie iść, wiedziałem, że wszystko jest w porządku. Gdy następnego dnia szedłem po korytarzu, opierając się o barierki, miny lekarzy i pielęgniarek, którzy byli pod wrażeniem, że już chodzę, bardzo mnie podbudowały. Równie miło zrobiło mi się, gdy przyszedł dziennikarz i szukał „tego chłopaka po przeszczepie”. Nie domyślał się, że to ja, spodziewał się osoby leżącej, podłączonej do aparatury.

Do domu wróciłem dwanaście dni po operacji. Pamiętam, jak lekarze mówili, że niektórzy po operacji wyrostka muszą dłużej zostać w szpitalu, niż ja po przeszczepie. Od tego czasu jakość mojego życia jest nieporównywalnie lepsza. Gdyby nie leki, już po kilku latach byłbym w stanie o nim zapomnieć.

Teraz mam takie życie, o jakim marzyłem przed operacją. Właśnie takie, jakie chciałem mieć.

Skończyłem Akademię Wychowania Fizycznego we Wrocławiu.

Pracowałem z dziećmi jako trener piłki nożnej, jestem także trenerem przygotowania motorycznego. Obecnie pracuję w salonie samochodowym.

Spełniło się także moje największe marzenie o tym, by nosić koszulkę z orzełkiem na piersi – reprezentuję bowiem Polskę w biegu na 5 km i w chodzie sportowym na 5 km na Mistrzostwach Świata i Europy osób po transplantacjach.

Nieskromnie mówiąc, odnoszę tutaj niemałe sukcesy. Mistrzostwa Świata i Europy w Afryce Południowej w 2013 roku przyniosły mi złoto w chodzie sportowym. Rok później na Mistrzostwach Europy w Krakowie zdobyłem srebro, również w chodzie sportowym. 2016 rok to z kolei trzecie miejsce w biegu na Mistrzostwach Europy oraz złoty krążek w chodzie. W 2017 roku także stanąłem na podium z numerem 1. podczas Mistrzostw Świata w Maladze.

Przygotowywałem się do Mistrzostw Świata w Houston, na których chciałem poprawić swoją „życiówkę” na 5 km, niestety, przez obecną sytuację pandemii koronawirusa zostały one odwołane.

Sport zawsze był dla mnie ważny i dużo mi dawał, i na pewno z niego nigdy nie zrezygnuję.

Zawsze pamiętam o tym, że otrzymałem wielki dar jakim jest drugie życie, dziękuję lekarzom i całemu personelowi za ich pracę. Nigdy też nie zapominam o dawcy, od którego otrzymałem narząd i jego rodzinie, bo wiem, że gdyby nie oni, bardzo możliwe, że nie byłoby mnie już na tym świecie. Co prawda nie znamy swoich danych osobowych, ale myślę, że rodziny, które słyszą to np. w mediach, wiedzą, że te słowa są skierowane do nich. Dlatego też opowiadam swoją historię na różnych spotkaniach, rozmawiam z mediami i w ten sposób promuję ideę transplantologii.